poniedziałek, 20 maja 2013

Åke Edwardson - "Taniec z aniołem" i "Wołanie z oddali"


Taniec z aniołem w księgarni Selkar
Nadal wciągam się w skandynawską (a szczególnie szwedzką) literaturę kryminalną i odkrywam nowych autorów i nowe światy. Tym razem na tapecie był Åke Edwardson i jego Taniec z aniołem oraz Wołanie z oddali. To dwa pierwsze tomy z serii o komisarzu Eriku Winterze. Zanim sięgnęłam po te książki, tradycyjnie poczytałam opinie innych na portalu Lubimy Czytać i zniechęciłam się, dlatego książka (Taniec z aniołem) leżała u mnie dość długo, zanim z niepewnością i oporem się do niej zabrałam. Ale okazuje się, że nie zawsze należy opierać się na opiniach innych (czy też może w ogóle trzeba traktować je właśnie jako opinie, a nie fakty), ponieważ pozytywnie się rozczarowałam. Choć akcja nie była szczególnie wartka, okazała się wystarczająco ciekawa, żeby mnie wciągnąć. Książki Edwardsona mają specyficzny, mroczny, a nawet oniryczny klimat. Atmosfera wydaje się gęsta, mimo że wydarzenia związane ze zbrodnią dzieją się jakby mimochodem, obok wewnętrznych przeżyć Erika. On sam określany jest jako jednostka snobistyczna, nosząca wyłącznie drogie, markowe ciuchy, paląca cygara, lecz także chowająca się za tym "umundurowaniem" i ukrywająca za nim swą osobistą wrażliwość. Powoli, bez pośpiechu, poznajemy też kulisy jego życia prywatnego - związek z pewną lekarką, historię rodziców, którzy wyjechali z kraju, by zamieszkać w Hiszpanii, relacje z siostrą.
Jeśli chodzi o wątki kryminalne, to pierwsza część opowiada o serii brutalnych morderstw dokonanych na młodych mężczyznach w Göteborgu i Londynie. Na podstawie bardzo trudnych do wychwycenia śladów, poszlak udaje się powoli dojść po nitce do kłębka. Winterowi pomaga w tym londyński policjant, z którym udaje mu się nawiązać nieco bliższą relację na gruncie prywatnym.
Natomiast w Wołaniu z oddali Erik jest zmuszony przerwać urlop, by zająć się sprawą zabójstwa młodej kobiety, o której nie wiadomo nic poza tym, że miała dziecko. Ten fakt nie daje komisarzowi spokoju i mimo że śledztwo wydaje się obumierać z braku jakichkolwiek śladów, robi wszystko, by poznać tożsamość kobiety i odnaleźć jej córkę.
Ta druga część co prawda znudziła mnie nieco bardziej, lecz i tak sięgnę po następne - jakie będą, czas pokaże. Uwagę zwracają rozmaite błędy w tekście, np. okropne pomieszanie dat na jednej tylko stronie, gdzie kwiecień parę razy staje się sierpniem i na odwrót. Czy to pomyłka tłumacza, czy błąd w oryginale - korektorzy powinni to byli wyłapać. Zresztą jeśli chodzi o błędy w książkach to dostrzegam ich coraz więcej i nie wydaje mi się, żeby była to kwestia coraz bardziej wprawnego oka. W czytanej teraz przeze mnie książce Mankella Nim nadejdzie mróz dostrzegam także wiele niedoróbek, w tym zmiany imion - np. Gertruda zamieniła się w Gertrud - co zapewne nie jest błędem, lecz uważam, że określony zapis powinien być kontynuowany w kolejnych częściach serii (wcześniej tłumaczką była Halina Thylwe, teraz jest to Ewa Wojciechowska). Podsumowując: chciałabym, żeby wydawcy bardziej się starali i nie żałowali pieniędzy na tłumaczenie, redakcję i korektę. W przeciwieństwie do bloga, książki drukowanej nie da się tak po prostu edytować.
I to tyle narzekania.

wtorek, 7 maja 2013

Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął


Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął w księgarni Selkar
Odpoczywając od Mankella, rozejrzałam się po portalu Lubimy Czytać i trafiłam na entuzjastyczne recenzje książki Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął autora Jonasa Jonassona, nota bene także Szweda. Mimo że szwedzkie powieści kojarzą mi się głównie z kryminałami (za jakiś czas zapewne mi to przejdzie), a i tę książkę można zakwalifikować w ostateczności do tej kategorii (ze względu na obecność kilku zwłok ludzkich), to tak bym jej nie określiła. Jest to wg mnie powieść przygodowa, przeplatana swobodnie zaaranżowanymi wątkami historycznymi. Spotkamy w niej i Stalina, i Mao, i Einsteina, a także wiele innych znanych postaci.
Tytułowy stulatek, Allan Karlsson, na początku książki jawi się jako zwyczajny staruszek, który dożywa swoich dni w spokojnym domu opieki. Jednak przyjęcie urodzinowe przygotowane przez upiorną siostrę Alice, pełne miejscowych oficjeli, reporterów, z nieodłącznym mdłym tortem to już dla niego za dużo. Dlatego postanawia uciec. Wychodzi przez okno w swoich brązowych obszczykapciach, albowiem zapomina założyć buty i... znika. Znika oczywiście dla innych, bo sam doskonale wie, dokąd się udaje, choć trasa wycieczki nieco wymyka się spod kontroli. Na dworcu poznaje pewnego podejrzanego młodzieńca i zupełnym przypadkiem kradnie mu walizkę. Zawartość walizki oraz dalsze koleje losu niech pozostaną na razie tajemnicą, bo być może ktoś z przechodniów odwiedzających mojego bloga zechce przeczytać całą historię Allana. Będzie lekko i optymistycznie. Wszak co ma być, to będzie i nie ma się czym zamartwiać, prawda? Zwłaszcza gdy ma się sto lat.

wtorek, 23 kwietnia 2013

Światowy Dzień Książki

Dziś Światowy Dzień Książki. Dobra okazja do kupowania, z której skorzystałam już wczoraj, kupując w księgarni Matras Powrót Hakana Nessera - jednego z moich aktualnie ulubionych szwedzkich autorów. Zauważyłam przy okazji, że wiele księgarń - sieciowych, internetowych, a także małych stacjonarnych ma rozmaite obniżki i promocje. I tak np.:
  • Zinamon.pl - obniżki do 40% aż do 6 maja
  • Matras - 25% na wszystko jeszcze tylko dziś
  • Sensus - 20% na wszystko do 28 kwietnia
  • Selkar - codziennie coś nowego w promocji przez tydzień
  • PWN - dziś i jutro wysyłka gratis
  • Gandalf - od 20 do nawet 60% obniżki i o połowę tańsza wysyłka.
Wprawne oko pewnie znajdzie więcej okazji, żeby tylko pieniędzy na kupowanie i czasu na czytanie nie zabrakło :)

niedziela, 7 kwietnia 2013

"Mężczyzna, który się uśmiechał" i "Fałszywy trop"

Mężczyzna, który się uśmiechał w księgarni Selkar

Czyli kolejne powieści Mankella, które wciągnęły mnie tak, że ach...
Pierwsza z nich, Mężczyzna, który się uśmiechał opowiada o poważnym kryzysie psychicznym (spowodowanym zastrzeleniem człowieka) Kurta Wallandera, który miał zakończyć się rezygnacją z pracy policjanta. Wallander ucieka z Ystad przed wyrzutami sumienia, jednak pewnego dnia odnajduje go stary znajomy, prawnik, którego ojciec niedawno zginął w wypadku samochodowym. Mężczyzna nie wierzy w przypadkowość tego zdarzenia i prosi o pomoc. Wallander nie zgadza się, ale jego decyzję już wkrótce odmieni fakt, że jego rozmówca zostaje zastrzelony przez nieznanych sprawców. Policjant, z trudem adaptując się do nagle zmienionego trybu życia, rzuca się w wir pracy. Sprawa okazuje się o wiele bardziej tajemnicza i skomplikowana, niż można to sobie wyobrazić. Książka trzyma w napięciu aż do końca.
Przy okazji poznajemy kawałek historii Kurta i jego rodziny, w tym ojca, który od wielu lat maluje ten sam krajobraz (z głuszcem lub bez), sprzedając go ludziom, których syn w dzieciństwie nazywał Jedwabnymi Rycerzami. I tu wkrada się mała refleksja na temat stosunków społecznych w ogóle (cytat):
Zawsze znajdzie się ktoś wyżej, kto wprost lub pośrednio dyktuje warunki temu, kto jest niżej. Z dzieciństwa pamiętał robotników, jak stali z czapką w ręku, kiedy przechodził ktoś, od kogo zależało ich życie. Myślał o ojcu płaszczącym się przed Jedwabnymi Rycerzami. Uświadomił sobie, że czapka w ręku nadal istnieje, tyle że niewidoczna.
Henning Mankell, Mężczyzna, który się uśmiechał, Warszawa 2008

Natomiast Fałszywy trop opowiada o serii makabrycznych mordów dokonywanych na osobach pozornie ze sobą niezwiązanych. Wallander i jego współpracownicy długo błądzą, usiłując odnaleźć te związki. Prawda kryje się przez cały czas gdzieś tuż pod powierzchnią, ale nikt nie ma odwagi w nią uwierzyć. Niewiele brakuje, a jednymi z ofiar staliby się Wallander i jego córka Linda.
Mankell konstruuje swoje powieści w sposób, który przywodzi mi na myśl mojego ukochanego Jo Nesbø. Tak więc jeśli ktoś zna i lubi tego drugiego, a nie zna pierwszego, szczerze polecam.

środa, 27 marca 2013

Pierwszy raz z Mankellem


Morderca bez twarzy w księgarni Selkar
Moja fascynacja kryminałami skandynawskimi nie maleje, ostatnio po raz pierwszy sięgnęłam po książkę Henninga Mankella. Padło na Mordercę bez twarzy. Powieść zaczyna się od wizyty w małej, cichej, zapomnianej wiosce, w której stary rolnik odkrywa brutalne morderstwo w sąsiednim domu. Do akcji wkracza Kurt Wallander - 42-letni policjant, który, aczkolwiek znakomity w swoim fachu, okazuje się życiowo raczej przegrany. Niedawno opuściła go żona, stracił kontakt z córką, ojciec ma początki sklerozy i jest na niego ciągle zirytowany.
W Ystad, w którym toczy się duża część akcji, panuje sucha, bezśnieżna zima. Ta zima szwedzka przypomina mi naszą - długie miesiące ciemności, trochę mrozu, śnieg pojawiający się często dopiero wtedy, gdy już wygląda się wiosny... Oczywiście na północy jest go więcej, ale Ystad leży nad Bałtykiem, na południu. Być może ta ponura atmosfera w jakiś sposób sprawia, że tak bliskie wydają mi się szwedzkie kryminały.
Wracając do Wallandera - to ktoś w typie pracoholika... praca wydaje się stanowić sedno jego życia. Dbanie o siebie, o dietę, o życie rodzinne jest wciąż odkładane na później. Zarwać kilka nocy, by obserwować domniemanego przestępcę lub świadka? Nie ma problemu. Ale czy nie tego spodziewalibyśmy się po policjancie rodem z dobrego kryminału? No właśnie. Niech odda duszę za rozwiązanie zagadki. Tak też się dzieje i tutaj. Dlatego:
Zastanawiał się, jak to się dzieje, że praktycznie wszyscy policjanci są rozwiedzeni. Że żony policjantów porzucają swoich mężów. Kiedyś, czytając jakiś kryminał, stwierdził z westchnieniem, że wszędzie jest tak samo źle.
 Policjanci są rozwodnikami. Koniec kropka...
Henning Mankell, Morderca bez twarzy, Warszawa 2006

PS Przez cały czas obawiałam się, że mordercy okażą się Polakami - jako że wielu Polaków wyemigrowało w tym czasie do Szwecji, a śledztwo toczyło się wokół wypowiedzianego przez umierającą kobietę słowa "zagraniczny". Na szczęście mieszkająca w pobliżu polska rodzina okazała się być niewinna i w dodatku przebywała tam całkiem legalnie. Uff.


poniedziałek, 4 marca 2013

Donna Leon "Kwestia wiary" i kabaret Hrabi

Kwestia wiary w księgarni Selkar
Całkiem przypadkiem natrafiłam ostatnio na nową, przynajmniej na polskim rynku, książkę Donny Leon Kwestia wiary. Tym razem powieść obraca się wokół dwóch wątków - jeden dotyczy telewizyjnych i innych wróżbitów-oszustów, którzy bazując na znajomości ludzkiej psychiki potrafią zarówno wywnioskować, z czym ma problem dany klient, jak i wyciągnąć od niego niemałe pieniądze; druga sprawa to korupcja w sądzie i wiążące się z tym pośrednio zabójstwo sądowego woźnego.
Ale tak naprawdę wątki kryminalne nie są w książkach Donny Leon najistotniejsze, a im starsza, tym zdaje się bardziej zagłębiać w refleksję na temat włoskiego społeczeństwa, które wydaje mi się niestety pod pewnymi względami bardzo podobne do naszego. Podeprę się cytatem:
Skoro sygnalizację świetlną celowo programowano tak, by światła zmieniały się szybciej, niż nakazywało prawo, a policjanci mogli dzielić się dodatkowymi wpływami z mandatów z ludźmi ustawiającymi chronometry, chyba tylko szaleniec uznałby wręczenie policjantowi łapówki za przestępstwo. Skoro mnóstwo ludzi oskarżonych o przestępstwa zasiadało w parlamencie, kto mógłby wierzyć w rządy prawa?
Donna Leon, Kwestia wiary, Noir sur Blanc, Warszawa 2013
Zanim zaczęłam czytać, obawiałam się trochę, że lektura będzie nudniejsza od poprzednich książek tej autorki, gdyż czytając parę nowszych książek Joanny Chmielewskiej, w tym Porwanie, nabrałam negatywnego zdanie o wpływie wieku na umiejętności pisarskie. Wspomniana książka była bowiem w najwyższym stopniu chaotyczna i po prostu nudna, a poczucie humoru, tak charakterystyczne dla Chmielewskiej, gdzieś zanikło. Na szczęście Donna Leon jest jak wino - im starsza, tym lepsza.

W ostatnich dniach byłam również na genialnym przedstawieniu Kabaretu Hrabi pod tytułem Gdy powiesz: TAK. Spodziewałam się co prawda dobrej zabawy, bo bardzo lubię Joannę Kołaczkowską, szczególnie w roli Dorin Owens w Spadkobiercach, lecz tego, że ze śmiechu dostanę skurczu szczęki już nie. Szczerze polecam, warto przygotować sobie drobniaki, żeby rzucić państwu młodym na szczęście. Fragmenty występu i wywiad z artystami można obejrzeć TUTAJ. A jeśli ktoś nie lubi oglądać i w ogóle nie lubi kabaretów, to można też poczytać bloga p. Joanny - o, właśnie TUTAJ. Albo posłuchać.

czwartek, 21 lutego 2013

Kampania "Język polski jest ą-ę"

Dziś w mediach rozpoczyna się kampania mająca zachęcić Polaków do używania znaków diakrytycznych, które nadają naszemu językowi jego specyficzny charakter. Ponieważ od dawna nie chodzę do szkoły, nie wiem, czy młodzież używa jeszcze "ogonków" w piśmie odręcznym (ani czy w ogóle używa takiego pisma :)), lecz internet aż kipi od tworów bezogonkowych i bezkreskowych. Ludziom się po prostu nie chce, a ja nawet nie wiem, czy to rozumiem, czy nie. W każdym razie ja sama ich, jak widać, używam i gdy czasem zgubię jakąś kropeczkę (najczęściej w wyrazie "też"), odczuwam dyskomfort. Co innego smsy - nie używam polskich znaków, ale ma to swoją genezę - kiedyś po prostu nie było ich w moim telefonie i przywykłam. Teraz są, ale mam też dwa różne typy alfabetu, przy czym z tym z polskimi znakami wiąże się np. brak możliwości użycia "*", więc nadal go nie używam.
Dodam jeszcze, że do zwracania uwagi na takie "drobiazgi" predysponuje mnie również wykonywane na co dzień zajęcie, związane z pracą z tekstem, w związku z czym wytworzyło mi się pewne skrzywienie zawodowe - mój wzrok i umysł stale wyłapują błędy, literówki, podwójne spacje itp. niuanse w książkach, co czasem poważnie utrudnia mi czytanie, gdyż niektórzy wydawcy zdają się nie przywiązywać wagi do jakości drukowanego słowa. Widocznie istotniejsze jest, żeby sprzedać dużo i szybko. "Chomikowe" i inne ściągane za darmo z sieci ebooki także obfitują w błędy, żeby nie powiedzieć, iż są po prostu niechlujne.
Więcej o akcji można przeczytać np. tutaj. Można również w tym miejscu posłuchać piosenek bez "ą-ę".
A tutaj spot kampanii.
Najśmieszniejsze jest to, że Blogger nie pozwala mi dodać etykiety w postaci "ą-ę" - jawna dyskryminacja języka polskiego :)

poniedziałek, 11 lutego 2013

"Fabrykantka aniołków" i "Latarnik"

Fabrykantkę aniołków kupisz np. TUTAJ 
Przeczytałam niedawno dwie ostatnie książki z serii o Fjällbace - najpierw Latarnika, a potem Fabrykantkę aniołków. W Latarniku autorka kontynuuje historię Patrika i Eriki oraz jej siostry Anny (one obie w poprzedniej książce uległy poważnemu wypadkowi samochodowemu; obie były też w zaawansowanej ciąży). Jednocześnie pojawia się też tajemnicza historia związana z zabójstwem Matsa Sverina i ponownym pojawieniem się jego dawnej dziewczyny, córki latarnika z tzw. Wyspy Duchów. Z wyspą wiąże się też dawna historia rodziny, która pewnego dnia zniknęła i nigdy nikogo z nich nie odnaleziono. Wieść niesie jednak, że zmarli nigdy nie opuszczają tego miejsca, a przebywająca tam kobieta wciąż ich słyszy, a nawet widzi... Książka poza tym porusza kwestię przemocy wobec kobiet i reguł panujących w instytucjach im pomagających.
Przeczytałam ją dość szybko, mimo że wszystkie powieści Camilli Läckberg są bardzo grube ;) No i nie mogłam się doczekać czytania następnej, którą już po prostu pochłonęłam, siedząc do 2 w nocy - bo musiałam się dowiedzieć, jak się skończy.
A ta druga to oczywiście Fabrykantka aniołków. Tym razem tematem przewodnim jest kwestia żałoby po utracie dziecka - tego upragnionego i kochanego, ale już sam tytuł nawiązuje do problemu dzieci niechcianych i niekochanych - bo określenie "fabrykantka aniołków" dotyczy kobiety, która zabijała dzieci brane na wychowanie, dzieci kobiet, które nie mogły lub nie chciały się nimi zająć. Dzieci, o które nikt się nie upominał. Niestety wbrew przekonaniom części ludzi, rodzice nie zawsze są tymi, którzy chcą dla swoich dzieci tylko dobrze, tymi, którzy najlepiej o nie zadbają. Oczywiście teraz pomoc stała się bardziej zinstytucjonalizowana, a kontrole dokładniejsze (co nie znaczy, że tu czy w Szwecji zapobiega się wszystkim nieszczęściom), ale 100 czy nawet 50 lat temu tak to nie wyglądało.
W Fabrykantce aniołków również mamy do czynienia z historią rodziny, która zaginęła bez wieści, zostawiając zastawiony świąteczny stół z napoczętymi potrawami, z tym że tym razem całą historię uda się wyjaśnić, mimo że minęło ponad 30 lat. A wszystko przeplatane jest ciekawym wątkiem dotyczącym Hermanna Göringa, do stworzenia którego zainspirowały autorkę pewne tajemnicze odkrycia związane z miejscem pochówku jego żony Carin. Ale o tym możemy przeczytać już w książce, także w posłowiu.
Zapraszam jeszcze do przeczytania wywiadu z Camillą Läckberg na portalu Lubimy Czytać.

czwartek, 7 lutego 2013

Marianne Fredriksson "Szymon"

Kolejna odsłona literatury skandynawskiej, a konkretnie szwedzkiej. Tym razem to nie kryminał, lecz powieść zmarłej 6 lat temu autorki Marianne Fredriksson. Jest to pierwsza jej książka, po którą sięgam.
Nie połknęłam tej książki w jednym kawałku, bo była dla mnie dość trudna w odbiorze (nie ze względu na jakieś komplikacje językowe), myślę, że aby w pełni ją wchłonąć, trzeba przeczytać kilka razy.
Jest to opowieść o żydowskim chłopcu, który nie zdaje sobie sprawy ze swojego pochodzenia, gdyż praktycznie od urodzenia wychowuje się w rodzinie Karin i Eryka Larssonów. Nad Europą wisi widmo II wojny światowej i rodzice celowo zatajają przed nim prawdę. Dopiero po latach dowiaduje się tego, co tak naprawdę przez cały czas przeczuwał, zwłaszcza że z wyglądu oczywiście nie przypominał rodziców, co mu parokrotnie brutalnie uświadomiono.
Ale tak naprawdę jest to opowieść o dorastaniu, o poszukiwaniu siebie, o kształtowaniu własnej tożsamości, o potrzebie znania prawdy i złożenia w całość tej układanki, jaką jest życie. Wreszcie o niezwykłej relacji pomiędzy przybraną matką i synem. A także o utracie tego, co jako dzieci czujemy instynktownie - więzi ze światem takim jakim jest - z drzewami, rzekami, ziemią, zwierzętami. Na koniec kilka cytatów, które mnie poruszyły:
Nachodziły ją dziwne, ale zarazem wspaniałe myśli.
"Dzieci są własnością ziemi - myślała. W ich komórkach zawarta jest zamierzchła historia ziemi, a cała mądrość natury krąży w ich żyłach". Uzmysłowiła sobie, że chłopiec tę prawdę nosił w sobie.
"Wszystkie dzieci noszą to w sobie i przez krótki czas o tym wiedzą" - pomyślała. Przypuszczalnie każde dziecko jest próbą nadania przez naturę wyrazu temu, czego zrozumieć nie można.
 ------------------------------------------------------------------------------------------------------
Kiedy zmierzch już zapadł, był on wciąż nad rzeką, odpoczywając pod wielkim drzewem, w którego gałęziach ptaki sposobiły się do snu. Rozmawiał z ptakami o swoich zwątpieniach. Ale śpiew ich przekonał go, że życie samo w sobie jest wspaniałe. Szaleństwem zaś są czyny ludzi. Drzewo opowiadało mu o bezsłownym porozumieniu dobra ze złem. Rozmowy te dały mu siłę i zrozumiał, że musi przekroczyć granicę, na straży której stoją wina i wstyd.
 Ale nocą rzeka śpiewała o zmianie, ruchu, który jest niezależny od człowieka.
Jesteś jedynie gościem w rzeczywistości, dlatego jej nie widzisz. Dostrzegasz tylko określone nazwą jej części, nigdy zaś powiązań, z których tworzy się całość.
Takie było przesłanie rzeki, a mężczyzna był na wpół rozdarty. Kiedy jednak o świcie pierwszy promień słońca odbił się w rzece i poranny śpiew ptaków wzniósł się ku niebu, podjął on decyzję. Z butą odpowiedział im wszystkim: drzewom, rzece i ptakom, że jest człowiekiem i musi kroczyć ludzką drogą, a jest to droga czynu i myśli.
 ------------------------------------------------------------------------------------------------------
A ponieważ był on mądrym człowiekiem, więc nie dodał nic więcej na temat dziewczyny. Zamiast tego zrelacjonował Marii to, co Szymon zauważył na sali koncertowej, i rzekł, że jest święcie przekonany co do tego, że przeznaczeniem każdego człowieka jest dążenie do stworzenia własnej osobowości, która odróżniałaby go od innych ludzi.
- Ale to jest przecież konieczne - powiedziała Maria.
- To właśnie czyni z nas samotników.
- A czy nie jesteśmy z natury samotni? Rodzimy się sami i sami umieramy, nie jesteśmy falami w morzu.
Ruben zaprotestował.
- W każdym razie człowiek odczuwa dużą satysfakcję z posiadania własnej osobowości.
 - Ale nie w głębi duszy - sprzeciwił się Olof. - Osobowość nie nada życiu sensu ani też nie zapewni umysłowi spokoju.
Szymon spoglądał na niego z pewnym zaskoczeniem, ale Ruben nie pozwolił sobie przerwać.
- Istnieją również inne rzeczy, które mogą sprawić w życiu satysfakcję. Walka, radość w dążeniu do obranego celu i jego osiągnięcie - do tego wszystkiego niezbędna jest osobowość.
- Władza i pieniądze?
- To także - potwierdził Ruben, a gdy Olof się roześmiał, dodał: - W każdym razie to przynajmniej trzyma lęk na uwięzi. I pomaga na poczucie winy.
Wówczas Olof spoważniał i powiedział, że w minionym roku często o tym rozmyślał. Czy nie jest błędem, że wciąż jeszcze funkcjonują mity, jakobyśmy się różnili od siebie nawzajem? Opowiedział im o swoich chorych na płuca pacjentach, którzy po przejściu przez obozy koncentracyjne czuli się winni tego, co tam przeżyli.
 ------------------------------------------------------------------------------------------------------
Szymon znał prawdę zawartą w szwedzkim przysłowiu: "Zawołaj trolla po imieniu, a on wybuchnie". Być może to ze względu na trolle słowa są po prostu niezbędne.
Marianne Fredriksson, Szymon, Wydawnictwo Kallisto, Gdańsk 1999

piątek, 1 lutego 2013

Lepiej czytać cokolwiek czy nie czytać wcale?

Oto jest pytanie. Na facebookowych profilach związanych z książkami można spotkać się z różnymi opiniami na ten temat. Jedni piszą, że lepiej już czytać etykietki na produktach spożywczych niż np. Coelho, inni, że lepszy Coelho niż nic. Ja należę do tej drugiej grupy. Tak naprawdę nawet do Coelho nic nie mam - chociaż udało mi się przeczytać tylko dwie jego książki - Weronika postanawia umrzeć i Alchemik. Po prostu niezbyt mi się to podobało, ale nie odmawiałabym temu jakiejkolwiek wartości. Na pewno plusem jest to, że autor próbuje skłaniać do refleksji, zadawać pytania i odpowiadać na nie - a to nie wszędzie znajdziemy. Ja sama ostatnio skupiam się na książkach, z których zbyt wiele sensu nie wyniosę, po prostu czytam to, co dostarczy mi psychicznego odpoczynku, co mnie rozerwie, rozweseli. Wiem, że dla wielu osób jest to nie do zaakceptowania, stanowi rozmienianie się na drobne, żywienie umysłowym fast foodem itp., itd. No cóż, każdy postępuje tak, jak w danym momencie może, jak chce, daje sobie to, czego akurat potrzebuje. Kiedyś wgryzałam się także w trudniejsze tematy, wspomnę choćby Musimy porozmawiać o Kevinie (książka o chłopcu, który dokonał masakry w szkole - zdaje się, że to jedna z ulubieńszych rozrywek młodych ludzi w USA - a może tak naprawdę o jego matce, bo z tej perspektywy jest napisana). Powstał już film na jej podstawie, którego nie widziałam. Podobnie zresztą było z Pachnidłem - też książka wpadła mi w ręce na długo przed tym, gdy pojawił się film, którego też nie miałam okazji zobaczyć. Spotkałam się za to z opiniami, że jest słaby.
Uważam zresztą, że książka ma przewagę nad filmem, choćby tę, że wymaga własnej aktywności - i nie chodzi tu tylko o umiejętność czytania, ale także o używanie wyobraźni, co w przypadku Pachnidła jest szczególnie istotne, gdyż bardzo zmusza do pracy zmysły.
Wracając do tematu. Założenie, że czytanie czegokolwiek jest lepsze niż nieczytanie niczego opiera się na teorii, że gdy ktoś sięga po książki słabe (i/lub schematyczne, jak np. harlequiny), to prędzej czy później zawędruje do ambitniejszej literatury. Cóż, w moim przypadku to nie zawsze się sprawdza ;) Jednak myślę, że sam nawyk sięgania po słowo pisane wpływa korzystnie na umysł, choćby poszerzając zasób słów i ułatwiając rozumienie tego, co się czyta. Ponoć wielu Polaków ma z tym problemy, wielu też od lat nie miało w ręku książki, bo np. "wolą coś obejrzeć". Owszem, można mieć swoje preferencje, ale wtedy mózg się rozleniwia, nabyte umiejętności zanikają, alzheimer puka do drzwi... Czemu alzheimer? Ano dlatego, że długa edukacja, wszelaka aktywność umysłowa (także np. rozwiązywanie krzyżówek) jest jednym z czynników, które wpływają na stan mózgu i obniżają ryzyko zachorowania. Jak to mówią: organ nieużywany zanika, a nic nie starzeje się w sposób tak przykry, jak mózg.
Podsumowując - lepiej czytać niż nie czytać, choćby to miała być saga Zmierzch, która jest okropną grafomanią, a której pierwszą część przypadkiem też przeczytałam, nie będąc świadomą jej jakości.