wtorek, 25 czerwca 2013

Izabela Sowa "Świat szeroko zamknięty"


Po raz pierwszy sięgnęłam po książkę Izabeli Sowy, polskiej, chyba dość popularnej autorki, którą co prawda widziałam gdzieś w tv (i zrobiła na mnie sympatyczne wrażenie), lecz jej tekstów nie czytałam. Tym razem jednak było inaczej, gdyż wpadł mi w ręce Świat szeroko zamknięty i... bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Nie chodzi o zgrabną formę, bo tego się spodziewałam, lecz o głębię refleksji, o spostrzeżenia wykraczające poza to, co się często lansuje w kulturze popularnej, choć zwykły człowiek pewnie w gruncie rzeczy wie, że to nie do końca tak wygląda. Ale karmienie się tego typu papką jest wygodne, można w niej zasnąć na wiele lat, jak to uczyniła po części Emilia, bohaterka książki. Po "ucieczce" (a tak naprawdę śmierci) męża Ziutka grzęźnie już do końca w sztywnym planie tygodnia, wypełnionym stałymi, niezmiernie ważnymi zajęciami, które tak naprawdę nikomu nie są potrzebne, ale skutecznie zabijają myśli i emocje... choć nie do końca. Emilia uwielbia oglądać też seriale (w których "zwykli, szarzy ludzie" noszą zwykłe sweterki za 315 zł) i czyta czasopisma za 1,50, w których odnajduje porady, jak się jednak okazuje, nie do zrealizowania w rzeczywistości (tu dość zabawna, ale i smutna historia z okulistą na NFZ).
Ale Emilii nie udaje się do końca zasnąć, mimo że pozostaje w głębi duszy dobrze ułożoną, dość pruderyjną dziewczyną (choć jest już emerytką) z dobrze wykształconymi mięśniami Kegla - na skutek wieloletniego nawyku siadania wyłącznie na brzegu krzesła, z mocno ściągniętymi pośladkami. Pewnego dnia Emilia tłucze dwie pary okularów, co całkowicie dezorganizuje jej grafik i sprawia, że musi poszukać sobie innego zajęcia. Trochę wbrew sobie zaczyna się otwierać na świat, na własne, zapomniane już emocje, nawiązuje coś w rodzaju przyjaźni z bratankiem męża, lekarzem Bolkiem. Tajemnicza kartka znaleziona w biurku męża staje się nitką, która prowadzi do całkiem nieznanego kłębka...
Choć akcja nie powala tempem, to jednak książka zapada w serce, nie karmi tanim optymizmem, ale podnosi na duchu - a to lubię....

czwartek, 13 czerwca 2013

Brr... "Misery"...


Misery w księgarni Selkar
Misery jest drugą przeczytaną przeze mnie książką Stephena Kinga (po Cmętarzu zwieżąt) i podobnie przerażającą. Tak, wiem, to tylko fikcja literacka, jednak wczuwam się mimowolnie zbyt mocno, do tego stopnia, że starałam się nie czytać przed snem, żeby mi się potem nie śniły zakrwawione siekiery, kości i tym podobne "drobiazgi". Kiedyś tam oglądałam już film nakręcony na podstawie tej powieści, lecz nie przypominam sobie, żeby zrobił na mnie większe wrażenie tego typu - był chyba dobrą zabawą...
A o co w ogóle chodzi? Ano o pisarza, Paula Sheldona, który ulega wypadkowi gdzieś w Górach Skalistych i zostaje znaleziony przez swoją zagorzałą wielbicielkę, Annie Wilkes. Pechowo się składa, że owa kobieta, ex pielęgniarka, jest również "obdarzona" specyficznymi zaburzeniami psychicznymi. Zamyka więc Paula w swoim domu i zmusza do "ożywienia" tytułowej Misery - bohaterki serii romansów, "zabitej" przez pisarza nie bez ulgi w ostatniej części. Sytuacja rozwija się, by w pewnym momencie osiągnąć drastyczny punkt kulminacyjny, który przyprawił mnie o dreszcze, co wcale nie było zabawne ;) Oj, nie wiem, czy jeszcze (lub czy prędko) sięgnę po prozę Kinga, bo okazuje się, że dość mocno "drenuje" mnie psychicznie. Ale miłośnikom horrorów i ćwiartowania zwłok polecam, to naprawdę dobra literatura tego gatunku ;)

sobota, 8 czerwca 2013

Henning Mankell "Niespokojny człowiek"

Niespokojny człowiek w księgarni Selkar
Coś ty Atenom zrobił Sokratesie, coś ty Wallanderowi zrobił Mankellu... Skończyłam czytać po pierwszej w nocy, bo bardzo chciałam się dowiedzieć, jak to wszystko się skończy (wszystko, czyli jak zakończy się cykl o Wallanderze) i został mi spory niesmak, a wręcz rozzłościłam się na to, co Mankell zrobił Wallanderowi. OK, wiem, że takie jest też życie, że nie każdy ma szczęście dożyć w zdrowiu setki i spokojnie umrzeć we względnym zdrowiu w otoczeniu bliskich, ale miałam nadzieję, że tak na koniec chociaż w powieści Kurt Wallander jeszcze zazna szczęścia, tym czasem twórca zafundował mu samotność i chorobę Alzheimera... Nieładnie, żeby nie powiedzieć bardzo brzydko. Oczywiście - jest to moje zdanie, nikt nie musi się z nim zgadzać. W każdym razie książka zostawiła we mnie ślad, co nie zdarza się zbyt często. Przypomniała mi boleśnie o tym, że wszyscy kiedyś wkroczymy w mrok, a z czasem coraz więcej osób z naszego otoczenia - naszych krewnych, przyjaciół, znajomych - będzie po prostu umierać. Tak, to nieodłączny element życia. W powieści chciałabym jednak zazwyczaj zaznać czegoś innego, pewnie dlatego rzadko czytam poważniejszą literaturę.
A sama książka opowiada historię o zniknięciu rodziców Hansa, partnera Lindy Wallander. Przy okazji poznajemy wnuczkę Kurta Klarę. Słynny policjant, wykorzystując urlop, próbuje dociec, co stało się z teściami Lindy, trafiając przy okazji na trop międzynarodowej afery szpiegowskiej... Oprócz tego przez całą książkę bez przerwy przewijają się kwestie starzenia się, przemijania, samotności, mnóstwo wspomnień i pożegnań. Na koniec, dla czytelnika, to najważniejsze pożegnanie.
Tak, to już koniec.

środa, 5 czerwca 2013

Henry James "Portret damy"


Audiobook Portret damy
Zanim napiszę o powieści Henry'ego Jamesa, zacytuję kawałek wiersza Leopolda Staffa, który nieodmiennie kojarzy mi się z obecną, czerwcową bądź co bądź pogodą (gdy to piszę, powódź pustoszy sąsiednie Czech i parę innych europejskich krajów):

O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny
I pluszcze jednaki, miarowy, niezmienny,

Dżdżu krople padają i tłuką w me okno...
Jęk szklany... płacz szklany... a szyby w mgle mokną
I światła szarego blask sączy się senny...
O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny...
Bardzo lubię ten wiersz, mimo że nie należy do radosnych.
Wracając do Portretu damy - książka ta wywołała we mnie mieszane uczucia, podejrzewam, że trzeba się w nią wgryźć co najmniej parokrotnie, żeby wychwycić wszelkie niuanse, lecz nie wiem, czy starczyłoby mi cierpliwości. Dziwnym trafem powieści H. Jamesa przywodzą mi na myśl Jane Austin, z tym że jej książki mają jednak bardziej romansowy, melodramatyczny wydźwięk. Być może wynika to z pewnego podobieństwa warunków społecznych.
Tytułowa dama to Isabel Archer, młoda Amerykanka, która po śmierci rodziców wraz z ciotką przyjeżdża do XIX-wiecznej Anglii, by poznać świat i zdecydować, jak dalej pokierować swym życiem. A jaki najlepszy los może spotkać młodą kobietę? Tak, właśnie zamążpójście, oczywiście z odpowiednim partnerem. Jednak Isabel, młoda osóbka piekielnie inteligentna, oczytana i niezależna, odrzuca oświadczyny dwóch wysoko postawionych i sytuowanych kawalerów, ponieważ chce poznawać świat i nie wie, czy w ogóle kiedykolwiek chce wychodzić za mąż (mimo że nie ma praktycznie żadnych własnych dochodów, co w czasach, gdy możliwości zawodowe kobiet były naprawdę znikome, miało ogromne znaczenie). Realizację planów zdaje się umożliwiać śmierć wuja, który w testamencie, za sprawą namowy ze strony syna Ralpha, zapisuje Isabel spory spadek. Jednak żeby nie było zbyt różowo, kobieta, jakbyśmy to dziś powiedzieli, daje się "wkręcić" i wychodzi za mąż za człowieka, w którego miłość i wyższość nad innymi szczerze wierzy. Rzeczywistość jednak okazuje się okrutna, wystawiając przysięgę małżeńską i charakter Isabel na ciężką próbę...
A dlaczego mam mieszane uczucia? Ano dlatego, że czytanie straszliwie mi się dłużyło, być może odwykłam od tego typu literatury,  gdyż ostatnio koncentrowałam się głównie na bardziej współczesnych powieściach. W książce rozbudowana jest warstwa narracyjna, przy pewnym ubóstwie dialogów, akcja nie toczy się zbyt wartko, choć mamy też przeskoki kilkuletnie. No i te 600 stron z okładem! Ale to akurat mi nie przeszkadza, cytując znowu Roberta Górskiego: "Taka gruba, ale mi się podobała".
Na rozluźnienie za to połknęłam Odwagi Kate Carrie Kabak - o dziwo, w pewnym sensie jest to książka o podobnej, rzekłabym "małżeńskiej" tematyce - o uwikłaniu w nieszczęśliwy związek, o byciu podporządkowywaną i urabianą przez tzw. bliskich. Lekkie, ale także poważne, myślę, że wiele kobiet znalazłoby w postaci Kate siebie, a w postaci jej matki - swoją matkę - zawsze niezadowoloną z córki i chcącą ją ulepszyć, oczywiście dla jej dobra.
Czy to jest właśnie to, co nazywane bywa "literaturą kobiecą"? :)


poniedziałek, 20 maja 2013

Åke Edwardson - "Taniec z aniołem" i "Wołanie z oddali"


Taniec z aniołem w księgarni Selkar
Nadal wciągam się w skandynawską (a szczególnie szwedzką) literaturę kryminalną i odkrywam nowych autorów i nowe światy. Tym razem na tapecie był Åke Edwardson i jego Taniec z aniołem oraz Wołanie z oddali. To dwa pierwsze tomy z serii o komisarzu Eriku Winterze. Zanim sięgnęłam po te książki, tradycyjnie poczytałam opinie innych na portalu Lubimy Czytać i zniechęciłam się, dlatego książka (Taniec z aniołem) leżała u mnie dość długo, zanim z niepewnością i oporem się do niej zabrałam. Ale okazuje się, że nie zawsze należy opierać się na opiniach innych (czy też może w ogóle trzeba traktować je właśnie jako opinie, a nie fakty), ponieważ pozytywnie się rozczarowałam. Choć akcja nie była szczególnie wartka, okazała się wystarczająco ciekawa, żeby mnie wciągnąć. Książki Edwardsona mają specyficzny, mroczny, a nawet oniryczny klimat. Atmosfera wydaje się gęsta, mimo że wydarzenia związane ze zbrodnią dzieją się jakby mimochodem, obok wewnętrznych przeżyć Erika. On sam określany jest jako jednostka snobistyczna, nosząca wyłącznie drogie, markowe ciuchy, paląca cygara, lecz także chowająca się za tym "umundurowaniem" i ukrywająca za nim swą osobistą wrażliwość. Powoli, bez pośpiechu, poznajemy też kulisy jego życia prywatnego - związek z pewną lekarką, historię rodziców, którzy wyjechali z kraju, by zamieszkać w Hiszpanii, relacje z siostrą.
Jeśli chodzi o wątki kryminalne, to pierwsza część opowiada o serii brutalnych morderstw dokonanych na młodych mężczyznach w Göteborgu i Londynie. Na podstawie bardzo trudnych do wychwycenia śladów, poszlak udaje się powoli dojść po nitce do kłębka. Winterowi pomaga w tym londyński policjant, z którym udaje mu się nawiązać nieco bliższą relację na gruncie prywatnym.
Natomiast w Wołaniu z oddali Erik jest zmuszony przerwać urlop, by zająć się sprawą zabójstwa młodej kobiety, o której nie wiadomo nic poza tym, że miała dziecko. Ten fakt nie daje komisarzowi spokoju i mimo że śledztwo wydaje się obumierać z braku jakichkolwiek śladów, robi wszystko, by poznać tożsamość kobiety i odnaleźć jej córkę.
Ta druga część co prawda znudziła mnie nieco bardziej, lecz i tak sięgnę po następne - jakie będą, czas pokaże. Uwagę zwracają rozmaite błędy w tekście, np. okropne pomieszanie dat na jednej tylko stronie, gdzie kwiecień parę razy staje się sierpniem i na odwrót. Czy to pomyłka tłumacza, czy błąd w oryginale - korektorzy powinni to byli wyłapać. Zresztą jeśli chodzi o błędy w książkach to dostrzegam ich coraz więcej i nie wydaje mi się, żeby była to kwestia coraz bardziej wprawnego oka. W czytanej teraz przeze mnie książce Mankella Nim nadejdzie mróz dostrzegam także wiele niedoróbek, w tym zmiany imion - np. Gertruda zamieniła się w Gertrud - co zapewne nie jest błędem, lecz uważam, że określony zapis powinien być kontynuowany w kolejnych częściach serii (wcześniej tłumaczką była Halina Thylwe, teraz jest to Ewa Wojciechowska). Podsumowując: chciałabym, żeby wydawcy bardziej się starali i nie żałowali pieniędzy na tłumaczenie, redakcję i korektę. W przeciwieństwie do bloga, książki drukowanej nie da się tak po prostu edytować.
I to tyle narzekania.

wtorek, 7 maja 2013

Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął


Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął w księgarni Selkar
Odpoczywając od Mankella, rozejrzałam się po portalu Lubimy Czytać i trafiłam na entuzjastyczne recenzje książki Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął autora Jonasa Jonassona, nota bene także Szweda. Mimo że szwedzkie powieści kojarzą mi się głównie z kryminałami (za jakiś czas zapewne mi to przejdzie), a i tę książkę można zakwalifikować w ostateczności do tej kategorii (ze względu na obecność kilku zwłok ludzkich), to tak bym jej nie określiła. Jest to wg mnie powieść przygodowa, przeplatana swobodnie zaaranżowanymi wątkami historycznymi. Spotkamy w niej i Stalina, i Mao, i Einsteina, a także wiele innych znanych postaci.
Tytułowy stulatek, Allan Karlsson, na początku książki jawi się jako zwyczajny staruszek, który dożywa swoich dni w spokojnym domu opieki. Jednak przyjęcie urodzinowe przygotowane przez upiorną siostrę Alice, pełne miejscowych oficjeli, reporterów, z nieodłącznym mdłym tortem to już dla niego za dużo. Dlatego postanawia uciec. Wychodzi przez okno w swoich brązowych obszczykapciach, albowiem zapomina założyć buty i... znika. Znika oczywiście dla innych, bo sam doskonale wie, dokąd się udaje, choć trasa wycieczki nieco wymyka się spod kontroli. Na dworcu poznaje pewnego podejrzanego młodzieńca i zupełnym przypadkiem kradnie mu walizkę. Zawartość walizki oraz dalsze koleje losu niech pozostaną na razie tajemnicą, bo być może ktoś z przechodniów odwiedzających mojego bloga zechce przeczytać całą historię Allana. Będzie lekko i optymistycznie. Wszak co ma być, to będzie i nie ma się czym zamartwiać, prawda? Zwłaszcza gdy ma się sto lat.

wtorek, 23 kwietnia 2013

Światowy Dzień Książki

Dziś Światowy Dzień Książki. Dobra okazja do kupowania, z której skorzystałam już wczoraj, kupując w księgarni Matras Powrót Hakana Nessera - jednego z moich aktualnie ulubionych szwedzkich autorów. Zauważyłam przy okazji, że wiele księgarń - sieciowych, internetowych, a także małych stacjonarnych ma rozmaite obniżki i promocje. I tak np.:
  • Zinamon.pl - obniżki do 40% aż do 6 maja
  • Matras - 25% na wszystko jeszcze tylko dziś
  • Sensus - 20% na wszystko do 28 kwietnia
  • Selkar - codziennie coś nowego w promocji przez tydzień
  • PWN - dziś i jutro wysyłka gratis
  • Gandalf - od 20 do nawet 60% obniżki i o połowę tańsza wysyłka.
Wprawne oko pewnie znajdzie więcej okazji, żeby tylko pieniędzy na kupowanie i czasu na czytanie nie zabrakło :)

niedziela, 7 kwietnia 2013

"Mężczyzna, który się uśmiechał" i "Fałszywy trop"

Mężczyzna, który się uśmiechał w księgarni Selkar

Czyli kolejne powieści Mankella, które wciągnęły mnie tak, że ach...
Pierwsza z nich, Mężczyzna, który się uśmiechał opowiada o poważnym kryzysie psychicznym (spowodowanym zastrzeleniem człowieka) Kurta Wallandera, który miał zakończyć się rezygnacją z pracy policjanta. Wallander ucieka z Ystad przed wyrzutami sumienia, jednak pewnego dnia odnajduje go stary znajomy, prawnik, którego ojciec niedawno zginął w wypadku samochodowym. Mężczyzna nie wierzy w przypadkowość tego zdarzenia i prosi o pomoc. Wallander nie zgadza się, ale jego decyzję już wkrótce odmieni fakt, że jego rozmówca zostaje zastrzelony przez nieznanych sprawców. Policjant, z trudem adaptując się do nagle zmienionego trybu życia, rzuca się w wir pracy. Sprawa okazuje się o wiele bardziej tajemnicza i skomplikowana, niż można to sobie wyobrazić. Książka trzyma w napięciu aż do końca.
Przy okazji poznajemy kawałek historii Kurta i jego rodziny, w tym ojca, który od wielu lat maluje ten sam krajobraz (z głuszcem lub bez), sprzedając go ludziom, których syn w dzieciństwie nazywał Jedwabnymi Rycerzami. I tu wkrada się mała refleksja na temat stosunków społecznych w ogóle (cytat):
Zawsze znajdzie się ktoś wyżej, kto wprost lub pośrednio dyktuje warunki temu, kto jest niżej. Z dzieciństwa pamiętał robotników, jak stali z czapką w ręku, kiedy przechodził ktoś, od kogo zależało ich życie. Myślał o ojcu płaszczącym się przed Jedwabnymi Rycerzami. Uświadomił sobie, że czapka w ręku nadal istnieje, tyle że niewidoczna.
Henning Mankell, Mężczyzna, który się uśmiechał, Warszawa 2008

Natomiast Fałszywy trop opowiada o serii makabrycznych mordów dokonywanych na osobach pozornie ze sobą niezwiązanych. Wallander i jego współpracownicy długo błądzą, usiłując odnaleźć te związki. Prawda kryje się przez cały czas gdzieś tuż pod powierzchnią, ale nikt nie ma odwagi w nią uwierzyć. Niewiele brakuje, a jednymi z ofiar staliby się Wallander i jego córka Linda.
Mankell konstruuje swoje powieści w sposób, który przywodzi mi na myśl mojego ukochanego Jo Nesbø. Tak więc jeśli ktoś zna i lubi tego drugiego, a nie zna pierwszego, szczerze polecam.

środa, 27 marca 2013

Pierwszy raz z Mankellem


Morderca bez twarzy w księgarni Selkar
Moja fascynacja kryminałami skandynawskimi nie maleje, ostatnio po raz pierwszy sięgnęłam po książkę Henninga Mankella. Padło na Mordercę bez twarzy. Powieść zaczyna się od wizyty w małej, cichej, zapomnianej wiosce, w której stary rolnik odkrywa brutalne morderstwo w sąsiednim domu. Do akcji wkracza Kurt Wallander - 42-letni policjant, który, aczkolwiek znakomity w swoim fachu, okazuje się życiowo raczej przegrany. Niedawno opuściła go żona, stracił kontakt z córką, ojciec ma początki sklerozy i jest na niego ciągle zirytowany.
W Ystad, w którym toczy się duża część akcji, panuje sucha, bezśnieżna zima. Ta zima szwedzka przypomina mi naszą - długie miesiące ciemności, trochę mrozu, śnieg pojawiający się często dopiero wtedy, gdy już wygląda się wiosny... Oczywiście na północy jest go więcej, ale Ystad leży nad Bałtykiem, na południu. Być może ta ponura atmosfera w jakiś sposób sprawia, że tak bliskie wydają mi się szwedzkie kryminały.
Wracając do Wallandera - to ktoś w typie pracoholika... praca wydaje się stanowić sedno jego życia. Dbanie o siebie, o dietę, o życie rodzinne jest wciąż odkładane na później. Zarwać kilka nocy, by obserwować domniemanego przestępcę lub świadka? Nie ma problemu. Ale czy nie tego spodziewalibyśmy się po policjancie rodem z dobrego kryminału? No właśnie. Niech odda duszę za rozwiązanie zagadki. Tak też się dzieje i tutaj. Dlatego:
Zastanawiał się, jak to się dzieje, że praktycznie wszyscy policjanci są rozwiedzeni. Że żony policjantów porzucają swoich mężów. Kiedyś, czytając jakiś kryminał, stwierdził z westchnieniem, że wszędzie jest tak samo źle.
 Policjanci są rozwodnikami. Koniec kropka...
Henning Mankell, Morderca bez twarzy, Warszawa 2006

PS Przez cały czas obawiałam się, że mordercy okażą się Polakami - jako że wielu Polaków wyemigrowało w tym czasie do Szwecji, a śledztwo toczyło się wokół wypowiedzianego przez umierającą kobietę słowa "zagraniczny". Na szczęście mieszkająca w pobliżu polska rodzina okazała się być niewinna i w dodatku przebywała tam całkiem legalnie. Uff.


poniedziałek, 4 marca 2013

Donna Leon "Kwestia wiary" i kabaret Hrabi

Kwestia wiary w księgarni Selkar
Całkiem przypadkiem natrafiłam ostatnio na nową, przynajmniej na polskim rynku, książkę Donny Leon Kwestia wiary. Tym razem powieść obraca się wokół dwóch wątków - jeden dotyczy telewizyjnych i innych wróżbitów-oszustów, którzy bazując na znajomości ludzkiej psychiki potrafią zarówno wywnioskować, z czym ma problem dany klient, jak i wyciągnąć od niego niemałe pieniądze; druga sprawa to korupcja w sądzie i wiążące się z tym pośrednio zabójstwo sądowego woźnego.
Ale tak naprawdę wątki kryminalne nie są w książkach Donny Leon najistotniejsze, a im starsza, tym zdaje się bardziej zagłębiać w refleksję na temat włoskiego społeczeństwa, które wydaje mi się niestety pod pewnymi względami bardzo podobne do naszego. Podeprę się cytatem:
Skoro sygnalizację świetlną celowo programowano tak, by światła zmieniały się szybciej, niż nakazywało prawo, a policjanci mogli dzielić się dodatkowymi wpływami z mandatów z ludźmi ustawiającymi chronometry, chyba tylko szaleniec uznałby wręczenie policjantowi łapówki za przestępstwo. Skoro mnóstwo ludzi oskarżonych o przestępstwa zasiadało w parlamencie, kto mógłby wierzyć w rządy prawa?
Donna Leon, Kwestia wiary, Noir sur Blanc, Warszawa 2013
Zanim zaczęłam czytać, obawiałam się trochę, że lektura będzie nudniejsza od poprzednich książek tej autorki, gdyż czytając parę nowszych książek Joanny Chmielewskiej, w tym Porwanie, nabrałam negatywnego zdanie o wpływie wieku na umiejętności pisarskie. Wspomniana książka była bowiem w najwyższym stopniu chaotyczna i po prostu nudna, a poczucie humoru, tak charakterystyczne dla Chmielewskiej, gdzieś zanikło. Na szczęście Donna Leon jest jak wino - im starsza, tym lepsza.

W ostatnich dniach byłam również na genialnym przedstawieniu Kabaretu Hrabi pod tytułem Gdy powiesz: TAK. Spodziewałam się co prawda dobrej zabawy, bo bardzo lubię Joannę Kołaczkowską, szczególnie w roli Dorin Owens w Spadkobiercach, lecz tego, że ze śmiechu dostanę skurczu szczęki już nie. Szczerze polecam, warto przygotować sobie drobniaki, żeby rzucić państwu młodym na szczęście. Fragmenty występu i wywiad z artystami można obejrzeć TUTAJ. A jeśli ktoś nie lubi oglądać i w ogóle nie lubi kabaretów, to można też poczytać bloga p. Joanny - o, właśnie TUTAJ. Albo posłuchać.